Często mam tak, że gdy patrzę na kogoś, w mojej głowie od razu pojawiają się gotowe kadry — obrazy, które wręcz proszą się o sfotografowanie. Tak było również z Anetą. Choć finalnie zdjęcia, które powstały, różnią się od tego, co początkowo sobie wyobrażałem — widziałem raczej szaro-burą scenerię i bardziej nostalgiczny klimat — to i tak ogromnie się cieszę, że udało nam się tę sesję zrealizować.
Nie było to jednak takie oczywiste. Po raz pierwszy wspomniałem Anecie o swojej wizji jakieś dwa lata temu. Rok temu byliśmy już bardzo blisko jej realizacji, ale pokrzyżowała nam plany zmiana czasu — wybrane terminy w tygodniu przestały mieć sens z powodu braku światła. W tym roku oboje się zmobilizowaliśmy i w końcu wyznaczyliśmy konkretny dzień. Jak się później okazało — idealny. Co prawda pogoda dzień wcześniej, podczas szukania miejscówek, była daleka od wymarzonej, ale na szczęście następnego dnia nie padało, a słońce nieśmiało przebijało się przez nieliczne chmury. Nie była to co prawda atmosfera, na którą liczyłem (celowałem w pochmurny, miękko oświetlony dzień — w końcu mało kto przepada za fotografowaniem w ostrym słońcu), ale finalnie okazała się świetna do stworzenia różnorodnych kadrów.
Drugim powodem, dla którego ten termin okazał się perfekcyjny, była natura — tydzień wcześniej drzewa miały jeszcze sporo zieleni, a tydzień później byłyby już zupełnie ogołocone z liści. Trudno w takie zbiegi okoliczności nie wierzyć.
Aneta jest bardzo radosną i pełną energii osobą, choć na zdjęciach tego może nie widać. Nic nie poradzę na to, że mam słabość do kadrów w klimacie bardziej nostalgicznym — tzw. „smutasów”. Mimo wszystko podczas sesji nie zabrakło śmiechu, co niezwykle sobie cenię. Dzięki temu sesja staje się nie tylko tworzeniem zdjęć, ale także przeżyciem samym w sobie. Ten czas spędzony wspólnie na twórczym działaniu był dla mnie bardzo wartościowy — pozwolił mi artystycznie się wyrazić, a przy okazji naładować baterie na kolejne dni.